Nie uwierzysz, co one robiły z włosami! Zobacz szokujące metody stylizacyjne naszych prababek

1
Szokujące metody stylizacji
foto: OreaCreativeMedia/shutterstock.com

Aby być pięknym, trzeba trochę pocierpieć – mawiały nasze babcie. To przysłowie nie wzięło się jednak znikąd: jeszcze sto lat temu aby mieć piękną fryzurę, trzeba było uciekać się do sposobów, które dziś wydają się, delikatnie mówiąc, dyskusyjne. Łatwiej było zrobić sobie krzywdę niż zrobić coś dobrego dla urody!

Dziś te sposoby mogą śmieszyć, a nawet przerażać. Ale wtedy były to jedyne dostępne metody, by na co dzień zachwycać fryzurą. Nasze prababki nie miały dostępu do drogerii z półkami uginającymi się pod nadmiarem kosmetyków do stylizacji włosów. Nie miały też elektrycznych lokówek, prostownic i innych urządzeń, bez których my nie wyobrażamy sobie życia. Dostęp do “profesjonalnego” salonu fryzjerskiego również nie był tak powszechny jak dzisiaj. Co im więc pozostawało?

Niektóre z metod domowego “upiększania” wydają się dziś szokujące lub kuriozalne. Efekty tych starań z pewnością odbiegały od dzisiejszych standardów piękna.

Damy sprzed stu lat w codziennej pielęgnacji wykorzystywały wiele sposobów, które w konsekwencji mogły bardzo poważnie zaszkodzić ich zdrowiu, np. na pryszcze, wągry i niedoskonałości cery zalecano maść rtęciową. Specyfik, owszem, wysuszał niedoskonałości, ale był przy tym również niezwykle toksyczny – niebezpieczny dla zdrowia, a nawet życia. Brodawki i kurzajki proponowano natomiast zwalczać przy użyciu… arszeniku.

Pewnie jesteście ciekawe, co w takim razie robiono z włosami?

U początku wieku XX-ego z garderoby szykującej się na bal damy unosił się często… swąd spalenizny (!). Panie nie miały wówczas do dyspozycji bezpiecznych dla kosmyków lokówek. Włosy musiały być starannie ufryzowane, dlatego posługiwano się gorącym żelazkiem lub innymi rozgrzanymi przedmiotami, które miały być “prototypem” późniejszej lokówki. Nie trzeba oczywiście nadmieniać, że mało ostrożne stosowanie tej techniki prowadziło do zniszczenia, a nawet całkowitego spalenia włosów (tak, że ich pukle pozostawały niekiedy w ręce elegantki). A nawet najostrożniejsze posługiwanie się tego rodzaju metodami prowadziło do nieodwracalnych zmian w strukturze włosa. Oczywiście spraye termoochronne to o wiele późniejszy wynalazek…

Pisma kobiece publikowały bardzo często rozmaite porady dotyczące zasad zachowania higieny i sposobów dbania o włosy i ciało. U progu dwudziestego stulecia panie mogły wyczytać między innymi zalecenia dotyczące… niemycia włosów. Zamiast codziennego mycia zalecano wyczesywanie włosów szczotkami o różnej gęstości i grubości, w zależności od długości włosów. Takie wyczesywanie miało być codziennym rytuałem pielęgnacyjnym, który miał oczyszczać włosy ze wszystkich zanieczyszczeń. Jeśli zaś chodzi o mycie, zdaniem autora tych porad jego prawidłowa częstotliwość to… raz na miesiąc.

Zaciekawiły Cię urodowe zwyczaje naszych prababek? O tych (i wielu innych) ciekawostkach przeczytasz w książce “Piękno bez konserwantów” Aleksandry Zaprutko-Janickiej (wyd. Znak).

Może któraś z Was czytała już tę książkę? Dajcie znać!

  • Karola

    To się nazywa poświęcenie dla urody… masakra 😀